Teksty

Przemówienie wygłoszone dn. 09.01.2011 r. w Mucharzu

w związku z otwarciem wystawy poświęconej życiu i działalności

Sługi Bożego ks. kan. Józefa Kurzeji

Urodził się 10 stycznia 1937 r. we wsi Zasadne. Dwa dni później  został ochrzczony w kościele parafialnym w Kamienicy. Potem matka, trzymając  długo w objęciach swoje ochrzczone dziecko, klęczała przed obrazem Matki  Bożej. Przeczuwała, że będzie księdzem. Mówiła to często, zanim jeszcze się narodził.

Rodzina Kurzejów była uboga. Utrzymywała się z pracy na roli. Ojciec, Kurzeja Stanisław, dodatkowo pracował jako geodeta. Bywało, że od biednych gospodarzy za swoje usługi nie brał pieniędzy. Mówił: „pomódl się, to wystarczy”. Kurzejowie pomagali też innym ludziom, żyjącym w większej biedzie. Kiedyś zaopiekowali się pięciorgiem dzieci, które straciły rodziców.

Dzieci Kurzejów otrzymały bardzo staranne wychowanie religijne i trójka z nich swoje dorosłe życie poświęciła Służbie Bogu.

Życie małego Józia nie było łatwe. Był najmłodszy. Starsze rodzeństwo miało swoje obowiązki i kłopoty, więc nikt go nie rozpieszczał. A dziecko było wyjątkowo wrażliwe. Kiedy spotkała go jakaś krzywda, nigdy się nie skarżył Jego rodzona s. Longina mówi, że szukał wtedy jakiegoś kącika, żeby  się wypłakać. I tak już zostało mu do końca życia, że radości dzielił z innymi, a smutki, cierpienia nawet najboleśniejsze znosił w samotności.

 Najboleśniejszym ciosem w dzieciństwie była śmierć matki. Był bardzo do niej przywiązany. Zmarła, gdy miał 9– ty rok życia. Ojciec oddał go pod opiekę ciotki, która mieszkała w Kadczy, aby umożliwić mu kontynuowanie nauki. Józiu już wtedy marzył, aby zostać księdzem. U ciotki był traktowany jak służący, aż w końcu został oddany do innych gospodarzy do pracy właśnie w tym charakterze. Ojciec, gdy się zorientował, co się stało, natychmiast odebrał go stamtąd. Syn jednak bardzo chciał się uczyć, a w Zasadnem było to niemożliwe, bo nie było szkoły.

Z pomocą przyszła Józiowi rodzona siostra, Stefania, która już wtedy była siostrą zakonną w Zgromadzeniu Sióstr Służebniczek. Dzięki niej i innym życzliwym ludziom, których Bóg postawił na drodze jego życia, mógł kontynuować naukę, aby osiągnąć upragniony cel. Najszczęśliwszym dniem w jego życiu był dzień 17.06.1962 r., kiedy z rąk ks. bp. Karola Wojtyły otrzymał w Katedrze Krakowskiej na Wawelu święcenia kapłańskie.

Pierwszą placówką, do której się udał jako wikary, był Mucharz. Potem pracował w Grojcu k. Oświęcimia, Sierszy i Raciborowicach. Trafiał do parafii zaniedbanych, z proboszczami w podeszłym wieku. Opuszczał te parafie z odnowionymi kościołami i tętniącym życiem religijnym. Zawsze parafianie żegnali go ze łzami w oczach. Powiadomieni o decyzji o jego przeniesieniu do innej parafii, pisali protesty do Kurii, które nie odnosiły skutku, bo Biskup uważał, że w innej parafii jest w tym momencie bardziej potrzebny. Czasem odjeżdżał z parafii w nocy, aby uniknąć dramatycznych pożegnań. Kochali go wszyscy: dorośli, młodzież i dzieci. Z wszystkimi umiał rozmawiać, również z pijakami, łobuzami i nawet z niewierzącymi (były nawet nawrócenia). Kiedyś  jeden z niewierzących mieszkańców Mucharza powiedział: „Musi być dobry ten wasz Bóg, skoro ma takiego księdza”.

A u księdza dominowały trzy cechy: umiłowanie ponad wszystko Boga, głęboka wiara i zdolność tworzenia jedności. Każdy znajdował miejsce we wspólnocie, którą on stworzył i każdy czuł się w niej dobrze. Każdy też w trudnych sytuacjach życiowych mógł liczyć na jego pomoc. Pomagał, umiał to robić. W chwilach bardzo trudnych np. kiedy umierało jedyne dziecko, był tak długo ze zrozpaczonymi rodzicami, nie odchodząc od nich ani na chwilę, aż miał pewność, że już sobie z tym nieszczęściem jakoś poradzą.

Ostatnią jego parafią były Raciborowice. Bóg przez ludzi, których postawił na drodze Jego życia, przez polecenia Biskupa, przez obdarowanie go cechami ludzi świętych, a nawet i przez choroby przygotował do realizacji najtrudniejszego z wszystkich zadania – stworzenia parafii w Mistrzejowicach, wsi, która należała do parafii Raciborowice.

Miało bowiem w Mistrzejowicach powstać 40 tysięczne osiedle mieszkaniowe bez kościoła, bez Boga. Ówczesne władze uważały, że jeden kościół, noszący nazwę Arka Pana w Bieńczycach, którego powstanie wywalczono na ulicach Nowej Huty, socjalistycznemu miastu wystarczy. I to nawet gdyby tam miało zamieszkać pół miliona ludzi. Dlatego też nie było mowy, aby jakiekolwiek starania o budowę drugiego kościoła w Nowej Hucie zakończyły się sukcesem. Ks. Kurzeja wiedział o tym, ale nie przyjął tego do wiadomości.

Dlatego wymyślił sobie i dostał na to zgodę swojego Biskupa ks. Kardynała  Karola Wojtyły, że w Mistrzejowicach w szczerym polu postawi zbitą z desek budkę i tam na początek rozpocznie swoją działalność katechetyczną. Dokładnie 29 sierpnia zeszłego roku minęło 40 lat, jak ta budka stanęła. Zgodnie z planem księdza,  z przygotowanych wcześniej elementów drewnianych zmontowano ją w ciągu jednej nocy, aby władza tzw. ludowa jej nie zauważyła, bo przecież była postawiona nielegalnie. Dla zamaskowania, aby nie odróżniała się zbytnio od krzaków akacji, na których tle stała, została pomalowana na zielono.  Ludzie natychmiast nazwali ją „zieloną budką”, a księdza Józefa proboszczem z „zielonej budki”

Przy „zielonej budce” gromadziły się tysiące ludzi, wiernych Mistrzejowic. Były tu odprawiane Msze św. i udzielane wszystkie Sakramenty św. Często Ks. Kardynał Karol Wojtyła odwiedzał tę rodzącą się wspólnotę parafialną, aby błogosławić to dzieło i jej uczestników.

Oczywiście „zielona budka” została przez władze komunistyczne zauważona. Po niecałych dwóch miesiącach został wydany nakaz jej rozebrania, a po następnych dziesięciu dniach ksiądz został wezwany przez przewodniczącego Dzielnicowej Rady Narodowej i kier. Wydz. ds. Wyznań Urzędu m. Krakowa. Przyznał się do tego, że postawił  „zielona budkę”, ale powiedział, że jej nie wyburzy, bo jest ona potrzebna do zaspokojenia potrzeb religijnych dzieci z Mistrzejowic. Oświadczył, że decyzji władz budowlanych nie wykona, bo działał z powołania Boga i Jego musi słuchać, a jeżeli władza rozbierze budkę, to będzie uczył pod namiotem, a z krzewienia wiary nie zrezygnuje.

Od tego momentu zaczyna się okres przesłuchań, kolegiów, grzywien i rozpraw sądowych. Kierownik Wydziału d/s Wyznań sporządził notatkę, z której wynika, że „wobec ks. Kurzeji trzeba zastosować sprawną obsługę przy pomocy MO i Kolegium Orzekającego tak, aby 4 dni w tygodniu ks. Kurzeja miał zajęte. Wówczas nie będzie miał czasu na organizowanie uroczystości kościelnych.

Z ustawy o zgromadzeniach publicznych może otrzymać karę 4.500 zł i zamianę na areszt. Zaś z ustawy o zbiórkach publicznych może być nałożona kara do 1500 zł.”

Ksiądz w tym czasie spał na podłodze w „zielonej budce” niezależnie od pory roku, bo nie wolno mu było się zameldować w Mistrzejowicach. I nie miał tam spokoju. W nocy nieznani sprawcy tłukli mu się po ścianach, wybijali szyby w oknach, świecili reflektorami i straszyli, że spalą go razem z „budką”.  Gdy ktoś go przygarnął na noc, to ksiądz był wyrzucany nawet o 2,00 w nocy przy 20 stopniowym mrozie, a właściciel mieszkania musiał zapłacić grzywnę. Ksiądz coraz częściej chorował i coraz częściej trafiał do szpitala. Już w 1972 r. przy wyjściu ze szpitala lekarze wydali mu zalecenie: „Chory trwale niezdolny do pracy. Konieczny oszczędzający tryb życia. Spokój w godzinach snu, ograniczenie wysiłków fizycznych; chodzenia po schodach”. Lekarze zabronili mu również dłuższych spacerów. Podlegał stałej kontroli lekarskiej.

A ksiądz chciał budować kościół w Mistrzejowicach i zupełnie się nie oszczędzał. Chorował coraz częściej, ale gdy tylko stanął na nogi, natychmiast wracał do swoich obowiązków. Raz tylko poprosił o przesunięcie rozprawy sądowej, bo właśnie przeszedł zawał serca.

Wierni go nie opuścili nigdy. Modlili się razem z nim w szczerym polu, a on cieszył się z tej jedności. Mówił, że ta jedność jest wykołysana przez wiatr, wysmagana przez deszcz, wystana na błocie, zahartowana przez mróz. A zdarzyło się, że w czasie Podniesienia zamarzało wino w kielichu, bo było 20 stopni mrozu.

Wspierany przez Ks. Kardynała uzyskał pozwolenie na budowę najpierw punktu katechetycznego z kaplicą, a potem kościoła. W tych trudnych komunistycznych czasach musiał zdobyć wszystkie materiały budowlane i pieniądze. Jeździł po różnych parafiach, również tych, w których poprzednio pracował i uzyskał wsparcie.

Nie było jednego tygodnia, żeby nie był na męczącym przesłuchaniu przez Milicję. Udało mu się wybudować dom katechetyczny i rozpocząć budowę kościoła. Nie zdążył poświęcić kamienienia węgielnego. Zmarł 15 sierpnia 1976 r., w Święto Matki Bożej, tej Pani, której w drugim dniu swojego życia został ofiarowany przez matkę.

Pogrzeb był manifestacją. Za trumną szedł wielotysięczny tłum ludzi, już nie tłum, ale rzesza wiernych w skupieniu i ze łzami w oczach,  odprowadzająca swojego pasterza. Wydawało się, że w dniu pogrzebu nikt nie został w domu. Szli ludzie starzy, chorzy, matki z dziećmi na rekach. Ktoś pchał inwalidzki wózek. Szła młodzież, studenci.

„Zielona budka” mimo strasznych prześladowań ks. Kurzeji (przesłuchania, rozprawy sądowe, grzywny) przetrwała do dn. 1.12.1973 r., kiedy w uroczystej procesji przeniesiono z niej Najświętszy Sakrament do nowej kaplicy przy budującym się kościele pw. Bł. Maksymiliana Marii Kolbego. Władze nakazały, aby od tego momentu, w ciągu 7 dni tj. do dnia 7.12.73 r. „zielona budka” była rozebrana, a fundamenty z ziemi powyrywane, aby ślad po niej nie został.

Ślad jednak został.

Dokładnie w miejscu, w którym stała „zielona budka”, została wybudowana Kapliczka Matki Bożej Łaskawej. Dnia 01.12.1991r. została poświęcona W tym dniu wrócił do tego historycznego miejsca Pan Jezus w Najświętszym Sakramencie podczas odprawionej tu uroczystej Mszy św. i co roku wraca tu zawsze dnia14 sierpnia. Jest to dzień Patrona naszej parafii, św. Maksymiliana Marii Kolbego. Jemu swoje dzieło w tym miejscu w 1970 r. powierzył  założyciel naszej wspólnoty parafialnej i budowniczy kościoła, ks. Józef Kurzeja, pozostający w żywej pamięci tych, którzy mieli szczęście poznać go w swoim życiu.

Barbara Frydel




 

Kazanie ks. Kardynała Karola Wojtyły wygłoszone po śmierci ks. kan. Józefa Kurzeji
podczas Mszy św. w dniu 13 września 1976 r.

 
Drodzy parafianie mistrzjowiccy! W dniu, w którym odprowadziliście na miejsce wiecznego spoczynku Waszego duszpasterza, śp. Ks. Józefa Kurzeję, nie było mnie w Polsce i nie mogłem uczestniczyć w tym wielkim wydarzeniu, które tak głęboko przeżyła cała tutejsza społeczność parafialna.
 Dzisiaj, dopiero co wróciwszy, uważam za swój obowiązek, a także za głęboką potrzebę serca, ażeby tu przybyć, i ażeby powiedzieć – już na kilka tygodni po jego śmierci i pogrzebie – to, co biskup powinien powiedzieć nad trumna zmarłego kapłana. Nie waham się powiedzieć – niezwykłego kapłana.
 To, że odszedł tak młodo, nie doczekawszy 40-go roku życia, to ma swoją wymowę już samo przez się. Ale wszyscy wiemy, dlaczego odszedł. Zdawać by się mógł o, że ten tak mocny mężczyzna potrafi na swoich barkach dźwigać jeszcze wiele lat i wiele przeciwności życia. A przecież pod ta zewnętrzną, tak mocną, tak odporną postacią, kryło się bardzo zniszczone i zużyte serce; bardzo wyczerpany system nerwowy; bardzo wyczerpany system krwioobiegu.
 Pod pozorem zewnętrznego zdrowia ten młody kapłan już kilka razy konał.. I już na wiosnę tego roku żyliśmy obawą, że przyszła jego ostatnia godzina. Jednakże Pan Bóg pozwolił mu jeszcze wrócić na tych kilka miesięcy, ażeby wypalił się do reszty w lecie, sierpniu tego roku.
 To odpowiedź, którą mogliby dać lekarze. Ja, jako biskup, jego i Wasz, wiedziałem o tym stanie jego organizmu, o tym wyczerpaniu i zagrożeniu, które niósł z sobą od wielu lat. Ale to nie jest ta prawda, której pragnę tutaj dać świadectwo. Prawda, której przybyłem tutaj dać świadectwo, należy do innego porządku. Dlaczego odszedł, dlaczego odszedł tak młodo? Powiedziałbym: bo chciał się spalić do końca dla sprawy, która wybrał, dla sprawy, której służył, dla sprawy, do której go powołał jego Mistrz, Jego Pan i Bóg, Jezus Chrystus. Dla tej sprawy chciał się poświęcić do końca.
 Wszyscy to widzieli, że się poświęcał. Wszyscy Wy tutaj, mieszkańcy Mistrzejowic, patrzyliście na to od jesieni 1970 roku. Wszyscyście to wyczuwali i wszyscyście dlatego stanęli wokół niego. Ale trzeba było dla tego, byście wokół niego stanęli, ażeby on był taki, jaki był. To znaczy, ażeby się od początku poświęcił do końca. I w tym punkcie, Drodzy Bracia i Siostry, ja znam jego tajemnicę. Ja nawet mogę powtórzyć słowa, bo takich słów się nie zapomina nigdy. A były to słowa, które wypowiedział do mnie w lecie 1970 roku, przychodząc i prosząc o to, ażebym jako jego przełożony, jako biskup, pozwolił mu zacząć pracę w punkcie katechetycznym tutaj w Mistrzejowicach, gdzie wówczas nie było niczego, tylko – jak dobrze pamiętacie – ta przydrożna budka, od której się zaczęły dzieje Waszej wspólnoty, Waszej parafii. O to wówczas prosił.
 Wiedział, o co prosi. Wiedział, że idzie o sprawę, która będzie kosztować go wiele; i dodawał z humorem – bo wiecie dobrze, że był on człowiekiem bardzo dobrego humoru – dodawał z humorem: „Jeżeli dla tej sprawy pocierpię, jeżeli pójdę do więzienia, to mi to dobrze zrobi”.
 Moi Drodzy, można tak powiedzieć w poczuciu humoru. Można tak o sobie samym powiedzieć. Nieraz nawet tak o sobie mówimy. Ale wówczas, gdy te słowa oznaczają pewną rzeczywistość, to wówczas słowa takie nabierają wagi, innej wartości, innej ceny. Wtedy rozmawialiśmy swobodnie, ale ja zapamiętałem te słowa. Pierwszych lepszych dowcipów się nie pamięta, a ja zapamiętałem te słowa i nie zapomnę ich do końca życia. Bo te słowa wtedy wypowiedziane żartobliwie, niosły w sobie cenę jego ofiary: ofiary, którą już wtedy podjął. Wiedział, że idzie w nieznane, przeczuwał, że sprawa, której się podejmuje, będzie musiała go bardzo wiele kosztować. Ale szedł, bo taki otrzymał nakaz. Nie od biskupa; biskupa przyszedł prosić, żeby mu pozwolił to podjąć. Taki nakaz otrzymał od swojego wewnętrznego Mistrza, od Pana swojego serca, od Pana swojego sumienia, od Ukrzyżowanego Chrystusa, wiecznego Kapłana. I temu wewnętrznemu nakazowi on, kapłan Jezusa Chrystusa, dobry kapłan, nie mógł się oprzeć. Wiedział, że musi ten nakaz wewnętrzny, to powołanie pojąć. Musi za nim iść bez względu na to, co przyniesie przyszłość.
 Wiemy dobrze z doświadczeń tych lat, że go to kosztowało bardzo wiele, od pierwszych tygodni i miesięcy, Nie będę tu tego przypominał, nie będę tu przeprowadzał żadnych rozrachunków. Ale jestem przekonany, po ludzku, że to już wówczas niezbyt mocne serce i niezbyt odporny system nerwowy przechodziły wtedy straszne katusze.
 To nie było dla niego najważniejsze. I to nie jest dla nas najważniejsze w tej chwili. Najważniejsze wówczas i dzisiaj jest to, ze nigdy, w najcięższych doświadczeniach, nie opuszczała go pewność, że Chrystus tego od niego żąda. I nie opuszczała go nadzieja, że on temu jakoś podoła.
 Czego Chrystus żądał od niego? Żądał, ażeby wszedł w to wielkie nowoczesne miasto, w którym mieszkają ludzie wierzący, chrześcijanie, ludzie, którym brak jest punktów katechetycznych, kościołów i kaplic:; którzy tego bardzo potrzebują i bardzo pragną. Żądał od niego Chrystus, ażeby podjął swoim życiem całe brzemię Ewangelii, tak jak ono zostało nałożone na Apostołów.
 Chrystus mówił: „Brzemię moje jest słodkie, jarzmo moje jest lekkie”. I dlatego ksiądz Józef nieraz się uśmiechał i zawsze się uśmiechał, zawsze był pogodny. Ale przecież Wy dobrze wiecie, i ja wiem jako jego biskup, jakie dźwigał na sobie brzemię, jaki niósł na swoich barkach krzyż od tego 1970 roku, który był rokiem jego ostatecznego powołania, rokiem jego wielkiego posłuszeństwa i niezgłębionej nadziei.
 Pamiętam, kiedy pierwszy raz przybyłem na pasterkę w 1971 roku do tej budki mistrzejowickiej przy głównej drodze; znajdował się tam już wizerunek Błogosławionego Maksymiliana Marii Kolbego, wizerunek Matki Bożej; wyraz tej wielkiej nadziei, którą się kierował, i tej wielkiej nadziei, którą się kierowaliście Wy wszyscy razem z nim.
 Moi Drodzy Bracia i Siostry, kapłani i wszyscy parafianie mistrzjowiccy, nie będę przechodził wszystkich momentów i wszystkich szczegółów tej Waszej wspólnej historii. Wszyscy dobrze wiecie i ja tutaj przyszedłem dać świadectwo, że wasz zmarły duszpasterz za tę wielką sprawę, jaką było powstanie ośrodka duszpasterskiego i budowa kościoła w Mistrzejowicach, położył życie.
 I Chrystus Pan Ukrzyżowany, Chrystus Kapłan Wieczny, przyjął jego ofiarę ostatecznie w miesiącu sierpniu tego roku, kiedy już budowa kościoła ruszyła z miejsca, po kilku latach przygotowań, po kilku latach oczekiwań, po kilku latach zabiegów o zezwolenie.
 Dzisiaj jeszcze raz chcemy polecić jego duszę Panu Bogu. Pan Bóg sam najlepiej, lepiej niż ktokolwiek z nas, zna tajemnicę jego życia, tajemnice jego serca, jego sumienia, jego kapłaństwa. Pan Bóg, Ojciec Przedwieczny, sam wiedział, dlaczego to Zycie kapłańskie miało się wypalić tak rychło i w takim momencie.
  My po ludzku czujemy, że on nie tylko odszedł, że on nie tylko został pogrzebany. My – po ludzku, powiedziałem – ale nade wszystko czujemy, że on, chociaż tam leży na Grabałowskim cmentarzu, został wmurowany, jak kamień węgielny, w budowę tego kościoła, w budowę tej wspólnoty, która jest żywym Kościołem w Mistrzejowicach; jak kamień węgielny. I to jest najwspanialsza rzecz, którą możemy o nim powiedzieć.
 Przecież Wy wiecie dobrze, że kamieniem węgielnym wszelkiego budowania jest Chrystus, że kiedy poświęca się kamień węgielny podczas budowy kościoła – jak to ma niedługo nastąpić i tutaj – wówczas przypomina się te prawdę, że Chrystus jest kamieniem węgielnym tego kościoła i całej duchowej budowli Kościoła na ziemi.
Kapłan, który jak kamień węgielny położył siebie na zawsze w budowie tego kościoła mistrzejowickiego i tego, którego zarys już widzimy, i tego z żywych kamieni, żywego Kościoła – przez to uzyskał jakieś szczególne podobieństwo do Chrystusa, i z tym podobieństwem przeszedł do wieczności, a także przeszedł do pamięci wszystkich, którzy do tego kościoła będą kiedykolwiek należeli.
 Trzeba zapisać to życie i te śmierć. Trzeba zapisać i zapamiętać, jaki początek miał kościół w Mistrzejowicach, jaki początek miał żywy Kościół i ten, który się teraz buduje kościół; jaki początek miał? Trzeba to zapisać. Zapisać w sercach, zapisać we wspomnieniach i zapisać w historii. A dla naszego zmarłego to podobieństwo do Chrystusa, Żywego Kamienia Kościoła, jest najpełniejszym wyrazem chwały, którą może mu oddać Lud Boży tego Kościoła, przez słowa biskupa.
 Modlimy się za jego duszę. Czujemy potrzebę spotykania się z Chrystusem w tej modlitwie – spotykania się w tej modlitwie z naszym zmarłym, w Chrystusie. Modlimy się za niego, ale modląc się w ten sposób równocześnie czujemy także jakąś szczególna potrzebę dziękowania Bogu Żywemu; dziękowania Chrystusowi Panu za to, że nam dał tego kapłana; za świadectwo jego krótkiego, ale jakże wymownego życia – jakże wymownego dla naszych czasów; dla tych wielkich zmagań o Królestwo Boże na przełomie pierwszego i drugiego Tysiąclecia na ziemi polskiej.
 Dziękujemy Chrystusowi panu za tego Kapłana, za jego świadectwo. Prosimy Chrystusa, ażebyśmy budowali się świadectwem życia i śmierci Józefa, kapłana. Żebyśmy budowali się jego świadectwem, żebyśmy go naśladowali, żebyśmy byli tacy jak on: zdecydowani na wszystko, gdy chodzi o Królestwo Boże, gdy chodzi o Kościół Jezusa Chrystusa, gdy chodzi o sprawę naszych przekonań, naszej wiary, naszej postawy – żebyśmy byli tacy jak on. Wszyscy się o to modlimy przy tym ołtarzu.
 I jeszcze się o jedno modlimy. Wiadomo, że śmierć zamyka bieg życia ludzkiego na tej ziemi i spycha człowieka z powierzchni ziemi; prochem jesteś i w proch się obrócisz – wiadomo. Jednakże Jezus Chrystus zwyciężył śmierć. Jezus Chrystus ukrzyżowany zostawił nam tajemnicę swojego zmartwychwstania, i ta tajemnicą ogarnia nas wszystkich: żyjących i zmarłych. Modlimy się o to, ażeby tajemnica zmartwychwstania Chrystusowego ogarnęła naszego umiłowanego brata Józefa, kapłana, Waszego duszpasterza, twórcę kościoła w Mistrzejowicach. Żeby tajemnica Chrystusowego zmartwychwstania ogarnęła go. O to się modlimy przy tym ołtarzu za pośrednictwem Maryi, Królowej Polski i Maksymiliana Marii, którym on tak bardzo zaufał. Amen.

 

Wizyty: 2425347
Wizyty dzisiaj: 392
Osób on-line: 56
Strona działa od 1 X 2009 r.